Geoblog.pl    cygnuscygnus    Podróże    Tajlandia i Kambodża    Koh Samui
Zwiń mapę
2009
21
lis

Koh Samui

 
Tajlandia
Tajlandia, Koh Samuie
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 10681 km
 
Wczoraj przybyliśmy na Koh Samui. Podroż była długa i bardzo męcząca (ja odczułam to chyba najbardziej, bo panowie byli w znacznie lepszej formie). Do Bangkoku z Koh Samet płynęliśmy i jechaliśmy od 9 rano do 13. W Bangkoku szybka wizyta w China Town – wielki bazar uliczny z chińskimi wyrobami wszelkiej maści (koraliki, tkaniny, torebki, ubrania, zabawki, coś do jedzenia...). Następnie o 18 wyjazd do Koh Samui.

Udajemy się do punktu informacji turystycznej, w której kupiliśmy bilety (autokar i prom za 450 Batów, czyli ok 43 zł). Tam jakiś pan nas „odbiera” i prowadzi do miejsca, z którego odjeżdża autokar. Chwilę czekamy i jedziemy. Jest noc, więc śpimy trochę. O 5 rano ktoś nas budzi – gdzieś dojechaliśmy. Nie bardzo wiemy co się dzieje i gdzie jesteśmy. Zostajemy w jakiejś kawiarence/barku i dowiadujemy się, że tu czekamy 2 godzinki na następny autobus. Puszczają film, RAJSKA PLAŻA (akurat na temat). Kolejny autokar, prom (cały czas ktoś nas pilnuje i prowadzi za rękę jak dzieci) i jesteśmy na miejscu. Z małymi perturbacjami (jak zwykle trochę to trwa) znajdujemy nocleg. Cóż tutaj palmy są idealne, ale niestety plaży brak...

Ostatecznie decydujemy się na plażę Chaweng. W listopadzie plaże są mocno zalane i na Lamai w ogóle plaży nie ma, a tu mamy całe 4 metry szerokości piasku i pokój z klimatyzacją za 800 Batów. Marine Bungalow – warte polecenia, bo cena i standard są rozsądne.
Na kolację znów grillowana barakuda (za 250 porcja) – totalna rozpusta!

21.11.2009 – 22.11 KOH SAMUI
Wypożyczamy motorki (200 Batów za dobę) i objeżdżamy wyspę dookoła. Decydujemy się odpuścić sobie słynne skałki, Babcię i Dziadka, przypominające genitalia. I tak pewnie całe są zalane. Wspinamy się, żeby na wodospady popatrzeć. Jeden z nich ma 80 m wysokości i jest piękny, najciekawszy, jakie widzieliśmy do tej pory. To także jedna z głównych atrakcji tutaj.

Jedziemy dalej dookoła Koh Samui, a po drodze odwiedzamy jeszcze kilka plaż z każdej strony wyspy – wszystkie są zalane. Trafiła nam się najlepsza miejscówka – u nas kawałek plaży jest największy. Kimś w rodzaju menedżera ośrodka jest pani z Izraela, która w Izraelu wynajmuje swoje mieszkanie, a tutaj z tego żyje sobie. Bardzo sympatyczna osoba, rozmowna i pomocna.

W porcie odwiedzamy jeszcze bazar z jedzeniem miejscowym. Degustujemy grillowane: tofu, banany z mleczkiem kokosowym oraz ośmiorniczki, na które zdecydowali się tylko panowie. Darek ryzykuje na maxa i zamawia koktail owocowy – ciekawe co na to powie jutro jego żołądek. Wszystko pyszne! Wracamy już po zmierzchu (koło 18.30) – Koh Samui jest „trochę” większa od Koh Samet, którą w pół dnia obeszliśmy piechotą ;)
Próbujemy zorganizować nurkowanie, ale przez najbliższe 3 dni nic z tego – zbliża się wielki sztorm. Darek jest nie pocieszony.

Następnego dnia odwiedzamy jeszcze jedną miejscową atrakcję, Złotego Buddę. Znów pewien niedosyt, bo to miejsce także wydaje się nam trochę płytkie i naiwne, stworzone jakby dziecięcą, niedojrzałą wyobr

Pogoda nie jest najlepsza, jest trochę pochmurno i przez to, że wieje, plaża także nie jest zachęcająca. Z nostalgią wspominamy Koh Samet, jej spokojną przejrzystą wodę, słońce i gładki piasek... Poza tym całą wyspę już poznaliśmy, więc nie bardzo wiemy co ze sobą tutaj robić. Wyjeżdżamy czym prędzej.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 3% świata (6 państw)
Zasoby: 21 wpisów21 2 komentarze2 64 zdjęcia64 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróże
04.11.2009 - 01.12.2009
 
 
04.06.2010 - 28.06.2010